Kasa dla detektywa

Kto chce wynająć detektywa do zgromadzenia dowodów małżeńskiej zdrady, odnalezienia ukrywającego się dłużnika albo skradzionego samochodu, musi być przygotowany na spory wydatek.

 

Nasz rodzimy Philip Marlowe za godzinę tropicielskiej roboty policzy od 70 do 120 zł, a także 2-3 zł za każdy przebyty piechotą lub samochodem kilometr. Do tego dochodzą dodatkowe koszty. Na przykład noclegów w hotelach, biletów na samolot czy pociąg, a na­wet drinków. Wszak śledzony obiekt może przesiadywać w nocnych klu­bach lub kasynach, gdzie mleka nie podają.

STÓWA ZA GODZINĘ

– To prawda, nasze usługi nie są ta­nie – przyznaje Marcin Popowski, rzecznik Stowarzyszenia Detekty­wów Polskich. – Typowy klient solidnej firmy detektywistycznej ma wy­pchany portfel, bo poza zapłatą za wykonanie zlecenia musi pokryć wszystkie koszty. Rosną one wraz ze stopniem zawiłości sprawy, którą prowadzimy. Poza tym, dzisiaj detek­tyw to nie jakiś działający w pojedyn­kę facet z gołymi rękami, lecz co najmniej dwóch obrotnych ludzi wypo­sażonych w wysokiej klasy kamerę, aparaty fotograficzne, szybki samo­chód czy motocykl. Śledzenie cudzołożników to najczęściej stosunkowo proste zadanie, ale są akcje, w których uczestniczy kilka zespołów agentów. Wtedy stawka 70 czy 120 zł mnożona jest przez ich liczbę.

DROGIE ROGI

Również do drzwi nielicznych łódzkich agencji detektywistycznych (zdaniem Marcina Popowskiego jest ich w naszym mieście zaledwie 2 lub 3) pukają zazwyczaj ludzie majętni.

„Dużą sumą” określił łódzki detektyw Waldemar Czerwiński wielkość honorarium, jakie bez mrugnięcia okiem zapłacił pewien biznesmen za odnalezienie żony.

– Szukaliśmy jej miesiącami po całej Polsce – wspomina Czerwiński. – Wszystko w tej historii było przypadkowe. Ten biznesmen z okolic Łodzi poznał swoją przyszłą żonę przez przypadek, a my też przez przypadek odnaleźliśmy poszukiwaną… w warszawskiej agencji towarzyskiej. Sfilmowaliśmy ją w tej agencji. Mąż był zdruzgotany. Oczywiście założył sprawę rozwodową. Nasz materiał sąd przyjął bez zastrzeżeń. Orzekł bezwarunkowy rozwód i odebrał jej prawo do opieki nad dzieckiem.

Detektyw Czerwiński nie chce wymieniać sum, jakie pobiera za wykonanie zlecenia:

– Obowiązuje mnie tajemnica handlowa. Wysokość zapłaty zależy od rodzaju zlecenia. Należność negocjujemy ze zleceniodawcą i podpisujemy z nim umowę na wykonanie usługi. Klienci nie targują się, bo są to przeważnie ludzie z dużymi pieniędzmi. Ale nawet oni mogliby zbankrutować, gdybyśmy żądali na przykład s po 120 zł za godzinę pracy Jedna doba kosztowałaby ich 2.880 zł, tydzień 20.160 zł, a miesiąc 86.400 zł. A gdzie koszty, często bardzo wysokie? Umowa jest korzystniejsza dla zleceniodawcy, ale my też nie narzekamy.

Umowy podpisuje również Zenon Zalewski, właściciel innej łódzkiej agencji detektywistycznej.

– Stosuję trzy dokumenty: umowę, upoważnienie do reprezentowania klienta w różnych instytucjach i VAT-owski rachunek po wykonaniu zlecenia – tłumaczy. – Charakter wielu zleceń jest tak skomplikowany, że nie sposób przewidzieć, jak długo potrwa ich wykonanie. Tymczasem klient wychodząc ode mnie chce wiedzieć, ile usługa będzie go kosztowała. Gdy umowa jest podpisana, już go nie obchodzi, jak długo zajmie mi na przykład sprawdzanie wiarygodności jego nowego wspólnika albo poszukiwanie dokumentów spadkowych czy majątkowych. Jedno jest pewne: za tysiąc złotych żaden detektyw z uprawnieniami nie będzie biegał przez tydzień, żeby ustalić, gdzie i z kim mąż zdradza żonę lub odwrotnie. A tyle zażyczył sobie detektyw z ogłoszenia w jednej z łódzkich gazet.

– Najprawdopodobniej jest to jeden z tych tropicieli, którzy mają biuro w kawiarni i starą, nieważną koncesję – przypuszcza Zenon Zalewski. – Za takie zlecenie zawodowiec na pewno policzyłby więcej.

KAMERA W KRAWACIE

– Detektyw jest drogi, bo to kosztowny zawód – zaręcza Waldemar Czerwiński. – Trzeba dużo inwestować nie tylko w kadrę agentów, ale także w sprzęt. Musimy mieć lepsze samochody niż złodzieje aut, nowoczesne środki łączności, wysokiej klasy aparaty fotograficzne, urządzenia audiowizualne, minikamery – w zegarku czy krawacie. Niektóre operacje przygotowuje się miesiącami, a ich przebieg przypomina sceny z sensacyjnych filmów. Uczymy się też „ról”. Bywa przecież, że trzeba przedzierzgnąć się w kalekę na wózku czy podchmielonego lumpa, a nawet księdza. Duchownego odgrywałem w zasadzce na złodziei samochodów pod hotelem w Warszawie.

Polski i łódzki detektyw powoli pod względem gaży upodobnia się więc do amerykańskiego. Bierze niczym detektyw Philip Marlowe, ale dokładnie ile – nie wiadomo. Wiadomo jednak, że jest za drogi dla przysłowiowego Kowalskiego, nawet jeśli ten ma dwie średnie pensje krajowe w kieszeni.

BOHDAN DMOCHOWSKI

 

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *